Przejdź do głównej zawartości
Podobno powieść najtrudniej jest zacząć. Z blogiem niewiele łatwiej. Od kilku dni próbuję usiąść i napisać pierwszy post, a notatek jak nie było, tak nie ma. Nie wiem, czy zacząć od początku, czy od środka, czy może od teraz. Wiem, jak się ta historia zawiązała, a jak się skończy, któż to wie?

Zaczęło się tak: pewnej nocy, trzy lata temu, obudził mnie okropny ból kręgosłupa. Myślałam, że to przeciążenie, dużo pracowałam za granicą, ciągle latałam tam i z powrotem z ciężką walizką, miałam sporo stresów. Zabrałam się na poważnie do rehabilitacji pleców. Fizjoterapeuta przekonywał, że kłopoty z czasem miną. Zwolniłam tempo, zmieniłam tryb życia. Niestety, ból nie malał. Narastał, zwłaszcza nocami i opanowywał coraz to nowe obszary. A potem dołączyła chmara innych kłopotów. W ciągu roku odwiedziłam pięć szpitali, zaczęłam mieć trudności z dojściem do furtki, jazda autobusem stała się niemożliwa, musiałam zrezygnować z pracy. Czułam że otwiera się przede mną otchłań. Z  35-letniej dziewczyny, która biega, chodzi po górach, jeździ na nartach stałam się utykającą, wiecznie zmęczoną emerytką. Musiałam sobie kupić organizer na leki, bo przy dwudziestu tabletkach na dobę przestałam ogarniać, co i kiedy brać. Nie muszę chyba dodawać, że mój nastrój osiągnął mniej więcej poziom Rowu Mariańskiego.

Niestety w badaniach krwi nic nie wychodziło. Nada, riens, nichts, nul. Czułam się jak jakaś wyrafinowana symulantka. Nikt nie wiedział , co mi jest. Jednak miałam do siebie za dużo zaufania, żeby dać się spławić. Wiedziałam, że trzeba się badać do skutku. Pomimo tego, że szukanie czegoś nieokreślonego w organizmie, to jak odławianie meteorytu w kosmosie. Na szczęście (lub nieszczęście) po paru miesiącach kolejne badanie, tym razem rezonans magnetyczny i usg stawów wykazały zmiany, m.in. zapalenie szpiku kostnego, geody w stawach biodrowych. Postawiono diagnozę, że zachorowałam na jedną z chorób reumatycznych. Domyślacie się pewnie, że nie było to coś, co chciałabym usłyszeć. Choroby reumatyczne są nieuleczalne i walka z nimi sprowadza się do ich hamowania, żeby poczyniły jak najmniej zniszczeń w organizmie. Leki, które się bierze, są bardzo ciężkie. Na szczęście po pewnym czasie zrozumiałam, że reumatologia przypomina niekiedy wróżenie z fusów, potwierdzenie choroby zajmuje wiele lat, a jej rozwój i rokowania są niepewne. Leki sprawiają, że można dożyć i siedemdziesiątki. Albo i nie. Przełknęłam pigułę i... postanowiłam się tym nie przejmować. W końcu każdy z nas może zginąć w wypadku samochodowym lub umrzeć niespodziewanie na tętniaka czy inne paskudztwo. 

Wtedy zaczęła się historia, o której chcę pisać. A mianowicie postanowiłam na przekór wszystkiemu urodzić dziecko. Dziecko, o którym marzyłam już od wielu lat. Ale ciągle coś nie wychodziło - albo nie było kandydata na ojca, albo jak już był, nici wychodziły ze starania się.  Tym razem choroba wyzwoliła wir zdarzeń. Jesienią 2015 r. wzięliśmy z moim partnerem ślub. W marcu 2016 r. okazało się, że funkcja moich jajników, prawdopodobnie w wyniku choroby zaczęła wygasać i szansę na ciąże są znikome - nie mam rezerwy jajnikowej, nie mam nic. Przepłakałam całą noc. Mimo wszystko postanowiłam się nie poddawać. We wrześniu poczułam się na tyle lepiej, że zaczęłam nową pracę. W październiku okazało się, że z pomocą medyczną jestem w ciąży. W czerwcu 2017 r. urodziła się moja piękna zdrowa córka.

Wstąpiła we mnie nowa nadzieja. Nadzieja, którą się chciałam z wami podzielić. Na choroby reumatyczne (choroby układu immunologicznego) choruje bardzo wielu młodych ludzi. Może na nie zapaść 6-latek i 60-latek. Wiele kobiet z taką diagnozą pragnie mieć dzieci i nie wie, czy się może na nie zdecydować. Liczę na to, że mój blog będzie afirmacją macierzyństwa mimo choroby. Choroby reumatyczne (z nielicznymi wyjątkami) nie są dziedziczne. W ciąży można brać niektóre leki  (pod kontrolą lekarza) i nie zagraża to dziecku - najlepszym przykładem jest moja córka. Jednak ciąża, połóg, karmienie są w tym wypadku prawdziwym wyzwaniem dla matki. Bądź ojca, bo faceci też chorują. Pomimo tego bycie rodzicem daje tak wielką siłę i wielką nadzieję, że - moim zdaniem - nie warto z niego z powodu choroby rezygnować.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Od kilku miesięcy boli mnie z prawej strony brzuch.  Boli, kiedy mąż kładzie mi głowę na kolanach. Kiedy podnoszę dziecko. Kiedy próbuję się kochać. Gdy leżę na prawym boku. Kiedy się schylam. Ten złośliwy banał bardzo utrudnia życie. Dziś przed pójściem na spacer z Lilką wzięłam tramal. Niestety, i tak mnie dopadło. Doszłyśmy w nasze ulubione miejsce  - do padoku z końmi, a potem do zagród w lesie. Konie stały w szałasach, wystawiały łby, skubały sianko. Stajenny dosypywał im świeżej marchwi do koszyków. Wzięłam Lilkę na ręce, żeby lepiej widziała i wtedy się zaczęło. Ból eksplodował. Próbowałam odłożyć małą do wózka, ale nie mogłam trafić do śpiworka. Miałam ułamek sekundy, więc rzuciłam ją na pokrowiec i zgięłam się wpół, próbując wytrzymać atak. A potem kilka następnych. Kiedy się pozbierałam, ruszyłyśmy do domu. Na szczęście ból opadł do bardziej akcetpowalnych rejestrów. Badania krwi, moczu, enzymów są w porządku. Jelitowe sprawy? Zrosty po cesarce? CA 125  wzor...
Są dni, gdy chce się żyć, wyjść na spacer, ogarnąć dom. Nieważne, matka czy reumatka. Są też takie, że człowiek ledwo ma siłę się wyczołgać z łóżka. Ale dziecku nie można powiedzieć - sorry, biorę dziś od ciebie wolne. Nawet ledwie zipiąc trzeba robić swoje. I jeszcze być wesołym. W te gorsze dni z pomocą przychodzi nam muzyka. Ona jest piątym elementem - tym, co wprawia w ruch wszystko pozostałe. Kiedy się urodziła Lilka, okazało się że jest bardzo wrażliwa dźwiękowo. Przysłowiowe trącenie łyżeczką o kubek wyrywało ją z najgłębszego snu. Nie mogliśmy chodzić po kuchni, oglądać telewizji, rozmawiać przez telefon - ba, prawie nie mogliśmy oddychać. Taki awers, a rewers, cóż, z łatwością w ten sen zapadła, jeśli tylko zanuciliśmy którąś z ulubionych kołysanek. Śpij królewno, Lulinka myszka czy Śpiąca nocka działały jak Nasen. Nawet mąż zaczął mruczeć pod nosem, kiedy go nie słyszałam. Kiedy skończyło się lato, minęła jesień i nie można już było uprawiać tarasowania, zaczęłam się za...