Przejdź do głównej zawartości
Ale co cię boli, pytają znajomi. Stawy - odpowiadam półgębkiem, nie chcąc przedstawiać całej listy bolączek. - To może ci przynieść maść, mam taką jedną, świetnie działa.
- Tak, najlepiej od razu tonę poproszę, bo tych stawów jest trochę dużo.
Podziękowałam też grzecznie za bioenergoterapeutę i medycynę tybetańską. Dobra, przyznam się, do Tybetańczyków przez grzeczność pojechałam. Zioła w kulkach wrzuciłam do szuflady, ale olejek do masażu jest boski i mój mąż uwielbia, kiedy mu go wcieram w krzyż. Mam też całą półkę ziółek z apteki. A także kilka suplementów, które na pewno by mnie postawiły na nogi.

Niestety, reumatyzm to  nie choroba stawów, tylko układu immunologicznego, który atakuje tkankę łączną. To pech, bo tkanka łączna jest wszędzie. Wyobraźcie sobie las, w którym tu i ówdzie zapala się poszycie. Na początku nie dzieje się nic, jednak w pewnym momencie staje się tak sucho, że pożar jest już nie do opanowania. Drzewa trzaskają, gałęzie lecą. Czyli tłumacząc na nasze, psuje się i boli. Psuje się ostatecznie. Jak drzewo pęknie i się zawali, już się nie podniesie. Dlatego cała reumatologia koncentruje się na zmniejszaniu stanu zapalnego, czyli sprawianiu, żeby ogień się tylko tlił w poszyciu.

Jak to się ma do ciąży? Współcześni badacze dowodzą, że wirusowy kod genetyczny wszczepiony przed milionami lat do naszego DNA pomaga nam wytworzyć łożysko, ale również osłabia układ odpornościowy matki, by nie reagował na rozwijający się zarodek jak na obce ciało, które trzeba zniszczyć. Reumatycy korzystają na tym - niektóre choroby ulegają całkowitej remisji w trakcie ciąży, inne częściowej. Są też niestety takie, które - gdy po ciąży kończy się okres ochronny - wybuchają po raz pierwszy.

U mnie nie było sielankowo. Choroba dość długa pozostawała aktywna, choć o dziwo znosiłam ból dużo lepiej niż przed ciążą. Prawie do końca musiałam brać 6 tabletek sulfasalazyny dziennie, która ma działanie przeciwzapalne. To taka pochodna aspiryny, ale stosunkowo bezpieczna w ciąży.  Bezpieczeństwo to jedna sprawa, a komfort to druga. Wyobraź sobie, że łykasz 6 aspiryn dziennie. To nie może być fajne, nie? Do tego sterydy w małej dawce. I leki ginekologiczne.  Jedyne co zdołałam odstawić na dobre - jeszcze przed staraniami - to NLPZ-ty, czyli leki przeciwbólowo-przeciwzapalne, które są absolutnie przeciwskazane w tym czasie. Na początku było ciężko, ale ciąża generuje tyle problemów i innych bolączek, że szybko ból zszedł na drugi plan, zresztą z każdym miesiącem się zmniejszał. Najważniejsze dla mnie było  bezpieczeństwo dziecka.

Na szczęście hormony sprawiały, że nie rozmyślałam za dużo - czułam się cudownie otumaniona i pogodna, nawet kiedy tygodniami nie mogłam spać. Miałam też niezwykły przypływ sił, który wykorzystałam na studia podyplomowe i prace w ogrodzie. Gniazdowanie, zamiast na wybieranie ciuszków dla dziecka, przełożyło się u mnie na dziki ogrodniczy szał. Ps. Nigdy wcześniej nie przepadałam za pracami w ogrodzie.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podpełzła stylem mieszanym do barku na kółkach i sięgnęła dłonią na półpiętro po najbliższą pozycję. Potem spokojnie zajęła się lekturą, przewracając samodzielnie kartki. Zaczynałyśmy od urodzenia od "Kart kontrastowych na sznureczku do pokazywania" oraz serii "Oczami maluszka" i "Książeczki kontrastowe" Wydawnictwa Wilga. Córka nie bardzo wiedziała o co chodzi, ale podobały jej się czarno-białe obrazki i mama opowiadająca, co tam widać. Potem Lilka dostała od cioci "Książeczkę do łóżeczka" Mam's carf. Trochę się bała szelestów, za to podobał jej się aksamit, sznureczki i kolorowe metki. Z czasem zaczęła się również przyglądać kształtom: ślimaczka, motylka, łódki. Doszło macanie i uderzanie łapkami, ślinienie, próbowanie - synestezja, poznanie wielozmysłowe. Obecnie obowiązkową lekturą jest "Miś słucha" (Wydawnictwo Tatarak, Autorzy Bill Martin i Eric Carle, przedział wiekowy +2). Oglądamy razem piękne kolorowe zwierzaki, a mama...
Mija miesiąc odkąd odstawiłam dziecko od piersi. Moja maleńka córeczka coraz większa i coraz doroślejsza. Przytula się do mnie już nie jak E.T. ale jak prawdziwe dziecko. Nie pamięta szczegółów karmienia, dekolt  z niczym wyjątkowym jej się nie kojarzy, za to nadzwyczaj podniecają ją broda i nos. Z upodobaniem próbuje je ssać, przy okazji wbijając mi w skórę pokaźny garnitur  (sześć!) zębów, ostrych jak kolce tarniny. Dobrze, że żyjemy na krańcu miasta, pod lasem, gdzie nikt nie pyta o zadrapania i miłosne ugryzienia na twarzy. Na co dzień spotykamy tylko sąsiada zza siaty, eleganckiego wdowca pana W., kontemplacyjnie sunącego na spacer z kijkami albo niechlujnego pana B., który od śmierci matki już regularnie kursuje po piwo. Tęsknię czasami za tą aksamitną bliskością, którą czułam, gdy leżała skubiąc mnie delikatnie swoim pyszczkiem, jak glonojad szybkę akwarium. Karmienie miało cudowną właściwość odsuwania trosk. Teraz, kiedy się skończyło, muszę  sama aktywnie spych...