Mija miesiąc odkąd odstawiłam dziecko od piersi. Moja maleńka córeczka coraz większa i coraz doroślejsza. Przytula się do mnie już nie jak E.T. ale jak prawdziwe dziecko. Nie pamięta szczegółów karmienia, dekolt z niczym wyjątkowym jej się nie kojarzy, za to nadzwyczaj podniecają ją broda i nos. Z upodobaniem próbuje je ssać, przy okazji wbijając mi w skórę pokaźny garnitur (sześć!) zębów, ostrych jak kolce tarniny. Dobrze, że żyjemy na krańcu miasta, pod lasem, gdzie nikt nie pyta o zadrapania i miłosne ugryzienia na twarzy. Na co dzień spotykamy tylko sąsiada zza siaty, eleganckiego wdowca pana W., kontemplacyjnie sunącego na spacer z kijkami albo niechlujnego pana B., który od śmierci matki już regularnie kursuje po piwo.
Tęsknię czasami za tą aksamitną bliskością, którą czułam, gdy leżała skubiąc mnie delikatnie swoim pyszczkiem, jak glonojad szybkę akwarium. Karmienie miało cudowną właściwość odsuwania trosk. Teraz, kiedy się skończyło, muszę sama aktywnie spychać je w niepamięć. Czy moja dziewczynka nie zacznie chorować bez piersi? Co się stanie ze mną, gdy ustał dobroczynny wpływ hormonów? Mimo wszystko ulga, że skończone, jest wielka i rozległa jak Wisła w Dobrzyniu. Jak wyjście z nałogu. Odzyskałam siebie na wiele sposobów: mogę nosić bluzki z normalnym dekoltem, dłużej spać, oglądać z mężem filmy wieczorem (ostatnio świetny japoński film Hirokazu Koreedy Nasza młodsza siostra - oglądaliśmy dwa razy), a nawet zacząć się znowu leczyć (uf).
Choć z tym jest pewien problem, bo odsuwam branie właściwych leków tak bardzo jak tylko się da. Nie lubię ich. Leczenie zarazy cholerą nigdy nie było dla mnie przekonywujące. Moją obecną wymówką jest leczenie żołądka po ciąży. Brać leki, kiedy ma się wrzody? Nonsens. Najpierw trzeba doprowadzić się do ładu. A że krzyż boli? Że kręgosłup lędźwiowy szwankuje i rozwija się rwa? Ojojoj. Rwa to po ciąży. Krzyż - przecież biorę coś przeciwzapalnego na rwę, to i na krzyż trochę pomoże. Biodro? Kolana? Na razie tylko ćmią, więc o co te wyrzuty? Za bardzo pociąga mnie tropienie - nie wierzę, że moja choroba wzięła się skądinąd. Dręczy mnie poczucie, że w moim ciele jest coś, co ją wywołało i jak to znajdę, to wszystko wróci na dobry tor. Wirus, komórki nowotworowe. Ale wyszperanie wirusa nie zmieni mojej sytuacji - wirusy są nieusuwalne. A zmutowane nowotworowe komórki objawią się najwcześniej za 20 lat, jak już będzie za późno.
Hamulec trzeba zaciągać, póki się jeszcze pociąg nie rozpędził. Tak mówi rozsądek i lekarze. Niestety do łykania leków immunosupresyjnych mogą mnie przekonać tylko narastający ból i obezwładniające zmęczenie. Kiedy nie będę miała siły, żeby bawić się z córką, sięgnę po nie. Już teraz są takie dni, kiedy ledwie człapię i czuję się jak emerytka, ale wciąż wydaje mi się, że to jutro, a nie dziś. Zacznę brać jutro. Zadziałają za dwa lub trzy miesiące. Miesiące ubytków i bólu. Taki brak mądrości. Naprawdę, mogliby wymyślić jakieś lepsze środki, działające bardziej selektywnie, niż te cholerne kombajny. W onkologii ciągle coś nowego, a reumatologia się prawie nie rusza. Może jakimś szczęśliwym trafem inna dyscyplina pociągnie nas za sobą. Albo te badania na żywych myszach z oznaczonymi składowymi układu immunologicznego, które są prowadzone pod Wrocławiem.
Tęsknię czasami za tą aksamitną bliskością, którą czułam, gdy leżała skubiąc mnie delikatnie swoim pyszczkiem, jak glonojad szybkę akwarium. Karmienie miało cudowną właściwość odsuwania trosk. Teraz, kiedy się skończyło, muszę sama aktywnie spychać je w niepamięć. Czy moja dziewczynka nie zacznie chorować bez piersi? Co się stanie ze mną, gdy ustał dobroczynny wpływ hormonów? Mimo wszystko ulga, że skończone, jest wielka i rozległa jak Wisła w Dobrzyniu. Jak wyjście z nałogu. Odzyskałam siebie na wiele sposobów: mogę nosić bluzki z normalnym dekoltem, dłużej spać, oglądać z mężem filmy wieczorem (ostatnio świetny japoński film Hirokazu Koreedy Nasza młodsza siostra - oglądaliśmy dwa razy), a nawet zacząć się znowu leczyć (uf).
Choć z tym jest pewien problem, bo odsuwam branie właściwych leków tak bardzo jak tylko się da. Nie lubię ich. Leczenie zarazy cholerą nigdy nie było dla mnie przekonywujące. Moją obecną wymówką jest leczenie żołądka po ciąży. Brać leki, kiedy ma się wrzody? Nonsens. Najpierw trzeba doprowadzić się do ładu. A że krzyż boli? Że kręgosłup lędźwiowy szwankuje i rozwija się rwa? Ojojoj. Rwa to po ciąży. Krzyż - przecież biorę coś przeciwzapalnego na rwę, to i na krzyż trochę pomoże. Biodro? Kolana? Na razie tylko ćmią, więc o co te wyrzuty? Za bardzo pociąga mnie tropienie - nie wierzę, że moja choroba wzięła się skądinąd. Dręczy mnie poczucie, że w moim ciele jest coś, co ją wywołało i jak to znajdę, to wszystko wróci na dobry tor. Wirus, komórki nowotworowe. Ale wyszperanie wirusa nie zmieni mojej sytuacji - wirusy są nieusuwalne. A zmutowane nowotworowe komórki objawią się najwcześniej za 20 lat, jak już będzie za późno.
Hamulec trzeba zaciągać, póki się jeszcze pociąg nie rozpędził. Tak mówi rozsądek i lekarze. Niestety do łykania leków immunosupresyjnych mogą mnie przekonać tylko narastający ból i obezwładniające zmęczenie. Kiedy nie będę miała siły, żeby bawić się z córką, sięgnę po nie. Już teraz są takie dni, kiedy ledwie człapię i czuję się jak emerytka, ale wciąż wydaje mi się, że to jutro, a nie dziś. Zacznę brać jutro. Zadziałają za dwa lub trzy miesiące. Miesiące ubytków i bólu. Taki brak mądrości. Naprawdę, mogliby wymyślić jakieś lepsze środki, działające bardziej selektywnie, niż te cholerne kombajny. W onkologii ciągle coś nowego, a reumatologia się prawie nie rusza. Może jakimś szczęśliwym trafem inna dyscyplina pociągnie nas za sobą. Albo te badania na żywych myszach z oznaczonymi składowymi układu immunologicznego, które są prowadzone pod Wrocławiem.

Komentarze
Prześlij komentarz