W te gorsze dni z pomocą przychodzi nam muzyka. Ona jest piątym elementem - tym, co wprawia w ruch wszystko pozostałe. Kiedy się urodziła Lilka, okazało się że jest bardzo wrażliwa dźwiękowo. Przysłowiowe trącenie łyżeczką o kubek wyrywało ją z najgłębszego snu. Nie mogliśmy chodzić po kuchni, oglądać telewizji, rozmawiać przez telefon - ba, prawie nie mogliśmy oddychać. Taki awers, a rewers, cóż, z łatwością w ten sen zapadła, jeśli tylko zanuciliśmy którąś z ulubionych kołysanek. Śpij królewno, Lulinka myszka czy Śpiąca nocka działały jak Nasen. Nawet mąż zaczął mruczeć pod nosem, kiedy go nie słyszałam.
Kiedy skończyło się lato, minęła jesień i nie można już było uprawiać tarasowania, zaczęłam się zastanawiać, czym - poza wietrzeniem sypialni - ubarwić dziecku dni, kiedy nie mam siły iść z nim na spacer. Nasze wycieczki i tak siłą rzeczy były krótkie, bo po ciąży dokuczała mi rwa. Za którymś razem wręcz utknęłam przy Górze Piaskowej na wale nadwiślańskim. Mąż musiał do nas gnać, odwieźć w te pędy ryczącą małą do domu, a ja żałośnie kuśtykałam daleko za nimi.
Lilka, jak niemal każdy bobas, uwielbia kołysanie na rękach. Kłopot jednak w tym, że ja nie bardzo mogę ją nosić i kołysać. Ale czy człowiek musi wisieć na człowieku? Szczęśliwym trafem mieliśmy w domu wielką piłkę z kolcami. Po paru próbach Lilce spodobało się bujanie tam i z powrotem. Potem jeszcze doszło bujanie z boku na bok i podskoki z amortyzacją. Wszystko oczywiście w rytm muzyki. Zaczynałyśmy banalnie - od "Akademii pana Kleksa" i płyty "Gdzie się podział kusy Janek" nagranej przez rodzinę Prusinowskich. Podobno bujanie się, czy to na rękach mamy czy na piłce, stymuluje układ przedsionkowy, tak ważny później przy raczkowaniu, chodzeniu czy wspinaczce wysokogórskiej, ale też nieodzowny w autobusie, na diabelskim młynie czy w tańcu.
Nasze uzależnienie rozwijało się dynamicznie. Na tanich ciuchach wpadł mi w ręce marakas, który umyty, wyparzony trafił w ręce Lilki. Nie było trzeba długo czekać, by nauczyła się nim potrząsać do rytmu. Z piłki zeszłyśmy na matę. Z piosenek do bardziej zaawansowanych muzycznie motywów. Do naszych ulubionych płyt dołączyły "Stepping out with my baby", ale też "Aux Marches du Palais. Romances & complaintes de la France d'autrefois" czy"Musique de la Grece antique". Wybierałam rytmiczne kompozycje, tak, by można było się kołysać, wystukiwać i machać do woli. Nasze muzyczne pudełko wzbogacało się kolejno o kolorowe chustki, tamburyn z koralikami, wstążkę gimnastyczną, trójkąt i piłeczki z dzwoneczkami,
Same są plusy tych naszych nałogów: polepszają nastrój, budują więź. Bawimy się razem, ruszamy, kołyszemy. Obie się ruchowo usprawniamy. A ja jeszcze się dodatkowo dokształcam, bo doczytałam o teorii Gordona czy metodzie muzycznego wychowania Kodaly'ego. Zupełnie jednak niespodziewane było przebudzenie się w mojej pamięci piosenki, którą słyszałam kilkanaście lat temu i za chiny nie mogłam sobie przypomnieć, jak ona szła. Okazało się, że to niedawno napisana przez Leszka Tokarskiego, inspirowana arią z Halki, kolęda "Śpij, mój maleńki, śpij" - warto posłuchać tu wykonaniu The Warsaw Singers:
https://www.youtube.com/watch?v=YwfrIFqIoqQŚpij mój maleńki)

Komentarze
Prześlij komentarz